Pierwszy Półmaraton.

Trenowac z Najlepszymi

Witajcie biegacze i miłośnicy biegania! Witajcie szanowni czytelnicy! Zapraszam Was do zapoznania się z moimi rozważaniami o jednym dniu z życia „biegacza”.

foto: Mateusz Malewski.

Kiedy biegacz chce poczuć się mistrzem, widzi podium na finiszu (we snach), męczy nogi, traci oddech, gubi rytm… Taki oto początek poukładał mi się w myślach. Kiedy się zapisałem na pierwszy w życiu półmaraton, zrobiłem to raczej dla draki. Chyba nawet nie myślałem wnieść opłaty bo zaraz po kliknięciu w ikonkę „zapisz”, chciałem zrezygnować. Tyle razy pisałem, że biegać po prostu nie lubię. Raczej przestraszyłem się - 21 km i kilka metrów… przecież to jest kosmos. Ale kosmos intryguje, ciekawi, przyciąga. Pomyślałem sobie, że od zapisania do startu jest tyle czasu na przygotowania, że pewnie każdy by się przygotował. Ale zawsze można znaleźć przeróżne wymówki, żeby tylko nie biegać. I znajdowałem.

Tak też… kilometrów w moich nogach nie było ani w marcu ani też w kwietniu zbyt dużo. Zatem pomysłów, by zrezygnować z próby przełamania bariery życiowego rekordu jaki dotychczas zamknął się na 18 km, było wiele. Ale rodzina, rodzina, i znów rodzina - ciągle słyszałem: „kto jak nie ty”. No i w ramach przygotowań przebiegałem różnie . Najdłuższy odcinek to 15 km. Później czułem się przez kilka dni jak puree. Zaporą do udziału w półmaratonie stał się czas 1 godzina i 44 minuty na testowym odcinku.

Ale stało się! 1 maja 2019 roku o godzinie 11.00 stanąłem na starcie półmaratonu Grudziądz - Rulewo śladami Bronka Malinowskiego. Pogoda wyśmienita. Okoliczności sprzyjające. Towarzystwo dobre – obok mnie kolega Adam. Miejsce: stadion miejski GKS Olimpia Grudziądz. Przed startem fizjologiczne emocje... (masakra) Plan miałem bardzo diabelski: nie zejść z trasy, nie być ostatnim i zmieścić się w limicie czasowym (3 godziny) biegu. Powiedziałem sobie, że w najgorszym scenariusz dojdę do mety. Kolega Adam, bardziej doświadczony w dłuższych biegach niż ja, również debiut w półmaratonie, wyraził chęć zaliczenia trasy wspólnym tempem. Przyjęliśmy, że będzie to 6:00 – 6:30 na kilometr. Taki plan. Pierwsze dwa kilometry, to wiadomo, ścisk w tłumie biegaczy i rozgrzewkowe tempo w okolicach 6:50 na kilometr. Pozwoliło nam to na rozgrzanie mięśni i stopniowe zwiększenie tempa do planowanego. Słuszna była decyzja ustalenia przeciętnej prędkości już na około 5 km, ponieważ w tych granicach mijaliśmy pierwszych zwalniających.

Grudziądzki most imienia patrona biegu, Bronisława Malinowskiego, który w dodatku jest najdłuższym mostem kolejowo – samochodowym w Polsce, dostępnym też dla pieszych, to była pierwsza część kilkukilometrowego prostego odcinka. Tam właśnie wyprzedzaliśmy największą ilość biegaczy. Równe tempo udało nam się trzymać. Dzięki temu nie pozostawaliśmy na tyłach biegu. Długa prosta dała się we znaki. Słońce i jeszcze raz słońce. Zaraz za rondem, na odcinku zabudowanym i otoczonym drzewami mogłem odsapnąć i złapać więcej tchu i uzupełnić płyny. Zazwyczaj na 10 km dopadał mnie kryzys. Tym razem było inaczej, nadal czułem się dobrze i miałem siły na utrzymywanie się zaraz za plecami Adama. Świetnie mnie motywował i co jakiś czas pytał czy wszystko ok. Tego dnia zaczęło się na 15-18 kilometrze: pierwsze bóle i pierwsze myśli o rezygnacji. Przeszeregowałem myśli, krzyknąłem sobie kilka razy… pomogło. Odreagowałem! „Poleciałem dalej”.

Wtedy wiedziałem już, że bieg ukończę. Bolała stopa, wykwitł pęcherz. Cóż, taki los maratończyka. Ostatni odcinek, przed którym mnie ostrzegano, jakoś dziwnie umknął mi i nie pamiętam podbiegu. Myślałem tylko o stawianiu kroku za krokiem i próbie dogonienia Adama. Kolega jakoś dziwnie oddalał się ode mnie… myślałem: „słabnę”, jak to możliwe, przecież trzymam się założonego tempa. Pamiętam jednak, jak wyprzedzałem kolejnych biegaczy. Pamiętam swój krzyk do siebie. Serio! Pomagały mi te moje krzyki. Zobaczyłem cudowny napis z nazwą miejscowości: Rulewo. Rulewo ty moje! I znowu krzyczę k…a, dam radę, dam radę! Parku w Rulewie, który stanowił ostatni odcinek trasy, nie pamiętam. Ocknąłem się z medalem na szyi.

Tak to mniej więcej wyglądało. Nie mogę w tym tekście pominąć istotnych spraw. Pierwsza z nich to mój czas: 2 godziny 7 minut i 10 sekund. Grubo poniżej czasu o jakim myślałem. Zakładając utrzymanie tempa 6:30 skończyłbym ten bieg w czasie 2:20:00 do 2:30:00. Całkowita niespodzianka i sukces. Może raczej składowa mojego sukcesu. Ukończenie pierwszego w życiu półmaratonu to też sukces.

Co do samej organizacji i trasy. Bardzo wysoki poziom. Wszystko dopięte na ostatni guzik; start planowo, trasa idealnie oznakowana, duże tablice z kilometrami na trasie. Ciągle pojawiający się ratownicy medyczni. Woda i owoce na trasie, kurtyny wodne od nieocenionych strażaków. Wszystko w porządku. Pełen profesjonalizm. Pakiet startowy ze świetnym kubkiem z grafiką stworzoną przez Mateusza Pawlika autora mojego blogierskiego loga, sztos! Medal na mecie, którego autorką jest Magda Jodko, również mega co potwierdzam niemal zawsze. Cała inicjatywa zaplanowana i zrealizowana po raz siódmy z rzędu. Brawo MORIW i wszyscy, którzy pomagali. No i kibice. Byli wszędzie; stali w takich punktach, gdzie się ich nie spodziewałem. Nie wiedziałem, że komuś będzie się chciało podążać za most czy na rondo w Grupie, by kibicować swoim znajomym i rodzinie. Niesamowite, że w tylu punktach kibicowano również i mnie, i to z imienia i nazwiska. Fantastyczna sprawa! Mimo obolałych ciągle stóp, jestem zadowolony i szczęśliwy. Powiem Wam: było warto, i… chcę to powtórzyć, a nawet pójść o krok dalej… niech boli, niech się dzieje…

... a jutro jeszcze jedna ciekawostka związana z minionym półmaratonem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *